poniedziałek, 17 grudnia 2012

O czym to? / (przed)świątecznie




Wiem, wiem… ten wpis powinien pojawić się tu już dawno temu, ale ostatnio mam takie dziwne wrażenie, że czasu coraz mniej, a rzeczy do zrobienia wciąż przybywa. Też tak macie?
Na szczęście pociąg relacji Skoczów-Katowice, którym podróżuję, by dotrzeć na Bobrek (dodajcie potem jeszcze 2 autobusy) daje mi całe 1,5 h na spisanie myśli. No, nie całe, bo najpierw trzeba wystać swoje po bilet, choć z tym raczej nie ma problemów kiedy wybiera się pociągi o magicznych porach, gdy słońce jeszcze śpi lub właśnie zasypia. Piszę jadąc tym wieczornym, bo nocą lepiej mi się myśli, a w tym o mojej „ulubionej” godzinie 5.47 przytomna jestem jedynie na tyle, by nie dać się okraść (mam nadzieję). Zasiadłam więc wygodnie – zawsze wybieram te fotele ze stolikiem, bo tam są 4 miejsca i można się wygodnie rozsiąść – i odpaliłam kompa…
Ale o czym to chciałam… No tak… Mamy już grudzień i coraz bliżej do Świąt, cofnijmy się jednak w czasie do listopada, kiedy to w kuchni rządziły dziewczyny. Pamiętacie jeszcze o naszym projekcie kulinarnym? Po pierwszej grupie Roberta, przyszedł czas, aby i panie dały popis swych umiejętności i fantazji kulinarnych. Zaczęłyśmy świątecznie (choć do Świąt była jeszcze kupa czasu), bo od tortów. Nie jednego, ale 8! Takie było założenie, skończyło się jednak tylko (aż?) na 4. Tu muszę przyznać, że czułam się zawiedziona, bo pół dnia piekłam w domu biszkopty, by dziewczyny mogły ozdobić swoje ciasta, a one po prostu nie przyszły… Nie wszystkie – była trójka, która zawodowo udekorowała swoje małe torciki, a jeden duży zrobiłyśmy wspólnie od podstaw. Warsztaty wyszły fajnie, choć w tym dniu dużo się działo, także tych niefajnych rzeczy… Ale torciki smakowały w domach dziewczynek, pozostał więc po nich dobry smak.
Kolejny warsztat poprowadziła Natalia – nie planowałyśmy tego, ale wyszło tak, że każda z osobna  miała po jednym, a trzeci robiłyśmy wspólnie z Monią i Robertem. U Natalii również było świątecznie – taki niedzielny obiad. Kotlety, ziemniaczki i sałatka, którą do tej pory wspomina się na Bobrku. Dziewczyny mogły też zobaczyć jak Nati mieszka, bo zajęcia przeniosły się do jej prywatnej kuchni. I tym razem nie było całej grupy – byłyśmy zaskoczone, bo wcześniej warsztaty kulinarne budziły u nich duży entuzjazm.
Trzeci i ostatni stacjonarny warsztat poprowadzili Cieślarowie i był on pełen rozmaitości – iście świąteczny. Tym razem grupa była większa, nas też drugie tyle (ja, Nati + Monia i Robert) a kuchnia wciąż tak samo mała, ale daliśmy radę. Zaczęliśmy od sałatki – taki misz masz =) jednocześnie przygotowując nadzienie do pysznych tart brokułowo-kurczakowych. Kiedy te ostatnie wylądowały w piecu, przyszła pora na sushi. Ta japońska przystawka jednym przypadła do gustu, innym nie, ale jak wspomniał Robert – obojętnym nie można pozostać. Potem już w babskim gronie, zajęłyśmy się chlebem. Tak zdrowego chleba pewnie jeszcze nie jedliście. Ziarna słonecznika, pestki dyni, otręby, prawdziwy zakwas i kilka tych najzdrowszych rodzajów mąki. Oj, wtedy się najedliśmy… Choć chleb był gotowy dopiero następnego dnia.
Ostatni warsztat  przeznaczony był na poznawanie nowych smaków. Pojechałyśmy więc do restauracji i zamówiłyśmy przyprawione orientalnie dania (z frytkami, ale cóż…) Okazało się jednak, że największą atrakcją dla dziewczyn nie była nowa kuchnia, lecz panowie kelnerzy=)
I tak skończył się listopad, a wraz z nim i nasze gotowanie, do którego powrócimy w przyszłym roku. Minęło też 48 minut mej jazdy pociągiem, minęłam Pszczynę i przede mną kolejnych 6 stacji do celu. W tym czasie wiele osób wsiadło i wielu opuściło pociąg relacji Katowice - Wisła Głębce. A dokąd Ty jedziesz?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz