piątek, 31 sierpnia 2012

KRZYWE Rancho




Jest 9.00 rano, niedzielny poranek. Słońce już wysoko na niebie, a my, czyli ja i czterech chłopców ruszamy w daleką wyprawę. Czeka na nas mazurska ziemia, piękne jezioro Krzywe, zielona polana i wszystkie inne dobra tej krainy. Nasz pierwszy cel, to Łowicz. Po pierwsze, mieszkałem tam prawie 5 lat i mam sentyment do tego miasteczka. Koło 12.30 dojeżdżamy do trójkątnego rynku. Głodni i zmęczeni jemy obiad, zwiedzamy miasto i ruszamy dalej. Zatrzymujemy się w Wyszogrodzie, gdzie podziwiamy szeroką i piękną rzekę Wisłę. Ruszamy dalej drogą nr 50. Atmosfera w zielonym szerszeniu jest przednia. Drogi są puste.




Przed 18.00 docieramy do Krzywego. Gospodarza jeszcze nie ma więc udajemy się nad jeziorko. Miejsce jest przepiękne, wieczorne promienie słoneczne, tworzą srebrne lustro na tafli jeziora. Z trudem udaje nam się rozbić namioty, bo wszyscy chcą się schłodzić w zimnym jeziorku.

Jest pomost z podwyższeniem do skakania do wody. Nic więcej nam nie trzeba. Radości i wygłupom nie ma końca. Po pierwszych szaleństwach idziemy zjeść kolację, pizzę z obiadu. Wracamy spacerkiem do gospodarza. Już jest. Pan Robert szybko zjednuje sobie chłopaków. Jego nowy nabytek, Land Rover, mimo swoich lat, robi na chłopcach wrażenie.

Gdy pada propozycja wypadu na żwirownię, nie trzeba było długo czekać na odpowiedź. Pakujemy się do środka i kilka minut później adrenalina i frajda jazdy jest wysoka. Górki, zjazdy, podjazdy, atrakcji co niemiara. Wracamy na swoje śmieci. Idziemy szukać drewna na opał, by móc się ogrzać przy wieczornym ognisku. Cisza i spokój jest niewyobrażalny. To trzeba przeżyć. 21.35 wszyscy są już w namiotach i śpią. Ja mam swój, a chłopcy swój. Kolejny dzień zaczął się wcześnie. Szybkie śniadanie, płatki na zimnym mleku nie wszystkim pasowały, ale głód jest silną motywacją. Dziś ma być spływ rzeką Krutyń, lecz w drodze do spływu zmienia się pogoda i decydujemy się jechać na basen do hotelu Gołębiewski. Dwie godziny szaleństwa, cóż to jest? Nic! Udało nam się wyjść o wyznaczonym czasie. W Mikołajkach jemy obiad, zwiedzamy port i po zrobieniu zakupów wracamy na ranczo. Oczywiście idziemy się zaraz kąpać. Potem zbieranie opału. Ognisko. Kolacja. Rozmowy przy ognisku. Kąpanie. Grzanie się przy ogniu. Kłótnie. Toaleta. Ognisko. Spanie. Już po pierwszym dniu ustala się nasz rytm dnia. Dopołudnia wyjazdy, obiad po drodze, zakupy i popołudnia nad jeziorem. We wtorek jedziemy zwiedzać Wilczy Szaniec, po drodze Kętrzyn i wejście na wieżę kościelną. W Giżycku jemy obiad. Idziemy zobaczyć twierdzę Boyen, ogromny kompleks wojskowy. Zajmuje nam to kilka minut i wracamy do Mrągowa.

Zakupy, zbieranie drewna, ognisko, kilkukrotna kąpiel, kolacja, rozmowy i spać. Znów przed 21.30 w namiotach. Trzecia noc. Proponuję dwóm chłopcom spanie w moim namiocie. Konflikty są i widzę, że chłopaki potrzebują więcej intymności. Ja ląduję w samochodzie;). Na szczęście mam składane siedzenia, które tworzą równą powierzchnię, więc śpi mi się b. dobrze. 

Czwartego dnia jedziemy na spływ. Pogoda jest dobra. Nie za ciepło, nie za zimno. Bierzemy dwa kajaki. Dwójkę i trójkę. Pierwsze wiosłowanie nie jest łatwe. Każdy z nas robi błędy. Dopływamy do Młyna i już na lądzie łapie nas ulewa. Decydujemy się przerwać spływ. Miły Pan z firmy kajakarskiej, zaprasza nas na drugi dzień, bośmy w sumie nie popływali. Jedziemy do Mrągowa na gokarty, jemy obiad: żurek z kastrolka z kiełbaską i jajeczkiem, kotlecika z frytkami i surówką 

Najedzeni i zadowoleni wracamy do siebie. Jedziemy jeszcze do Piecek na pyszne lody. Wieczorem idziemy się pożegnać z gospodarzem. Zaprasza chłopców na przejazd Land Roverem, żeby policzyć konie. Przecież na każdym ranczu są konie. Pan Robert ma ich kilkanaście. Wsiadamy i wesoła gromadka jedzie na oddalone pastwiska, gdzie konie są samopas.

Można spokojnie podejść do koni, pogłaskać, popytać. Np.: Co ten koń robi? Odp.: Odgania się od much. Jak byś nie miał papieru toaletowego i chodził z gołym tyłkiem po lesie, też byś tak robił! Wyjazd był fajną przygodą i na długo zostanie w pamięci. Rano o 9.00 wyruszamy do domu przez Warszawę. Po godzinie 19.00 jesteśmy na Bobrku. Na ul. Konstytucji jest objazd, gdyż zawaliła się część kamienicy. Podobno ktoś był w środku. Na szczęście okazuje się to nieprawdą. Tak minął nam pierwszy mini obóz na mrągowskiej ziemi.

PS. Chciałbym w tym miejscu serdecznie podziękować Państwu Ratajom, właścicielom Krzywego Rancza za gościnność, serdeczność i pomoc w realizacji tego wyjazdu. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam, nie byłem w spokojniejszym i piękniejszym miejscu na mazurach niż to. 

2 komentarze: